ponormalność

with Brak komentarzy

oglądam relacje fotograficzne z pobytu w pandemicznej Lizbonie z mieszaniną zazdrości i smutku. Puste ulice, których tam normalnie (?) nie uświadczysz, choć czasem, przeciskając się przez tłum, może byś chciała ;-). Ciekawe, że urzeczywistnianie takich marzeń potrafi boleć…

Wodzę palcem po ekranie google maps, zapisując ciekawe miejsca. Robię to, co mnie kiedyś niebywale śmieszyło. Przypominało mi bowiem kolegę z pracy, który do pierwszego samodzielnego wyjazdu do Paryża przygotowany był anegdotycznie. Miesiącami wyczytywał wszystkie możliwe przewodniki, wypisywał topowe atrakcje. Później kolejne dni rozpisywał na godziny, zabytki, trasy, wszystko dokładnie i zgodnie z harmonogramem… Już na miejscu, w trakcie pierwszego dnia zwiedzania, rodzina, wodzona jak po sznurku i z zegarkiem w ręku, szybko znienawidziła. Nie był w stanie tego zrozumieć…

Nie, nie jestem wrogiem przygotowań, ale lubię dać sobie luz i zostawić czas na pogapienie się w chmury.

ogarnąć ramy

Ogarnięte trzeba mieć ramy. Dojazdy, spanie, środki transportu. Mieć informacje bazowe, jakąś mapę i tyle.  Wiedzieć, co można zobaczyć, ale nie odhaczać w obłędzie, żeby na rodzinnym obiedzie przelicytować szwagra na amen… To się mści i odbiera przyjemność z przebywania w nowych miejscach.

Ramy (wężykiem;-)). Owszem, przeżyłam taką sytuację, że – będąc w pobliżu jakiejś „atrakcji” – przegapiłam ją po prostu i mnie to później męczyło. Bo mogłam, bo niedaleko, bo gdybym przeczytała…

Na razie jednak nie wygląda, żeby nam rzeczywistość szybko znormalniała i wszystko wróciło na stare tory.

Zostaw Komentarz