Podobno kształcą. Myślę o podróżach oczywiście, bo szkoły już dawno zapomniały, jaka jest ich podstawowa funkcja…
Najpierw Łowicz. Wzdragam się przed kolejna (tak, poprzednio wskutek … oryginalnych czyt. nieczytelnych objazdów nie udało się nam dotrzeć do centrum) wyprawą, a już na pewno nie zachęca mnie opowieść, że to kolejna po Częstochowie katolicka stolica Polski.
(I jeszcze Szczerek w Wolnej Sobocie o tej klątwie obwarzanka Piłsudskiego, przeczytaj koniecznie: „Środek. Dziura w obwarzanku, o której mantyczył Józef Piłsudski, gdy narzekał na Polskę. Że niby jest ta Polska jak obwarzanek: wszystko, co coś warte, leży na obrzeżach. A w środku dziura zieje. I jakoś faktycznie tak się układa, że wszystko, co jest polską legendą, leży od tego środka daleko: morze, góry, Kraków, Gdańsk, wszystkie te mityczne Lwowy i Wilna. Nawet mit założycielski, z Gnieznem i Poznaniem, leży na obrzeżu.”).
Ale myślę sobie – będzie z głowy…
Z czym kojarzy się Łowicz? Tak, z dżemem i pasiakami. Ani jednego, ani drugiego nie uświadczysz (hej, promocja miasta – śpicie?).
To znaczy dżemy może, ale reklama nienachalna, więc na odcinku dżemów jak wszędzie. No – są, ale nie jako rarytas lokalny. Pasiaków za to – na lekarstwo. Za to centrum przecudne. W ludzkim formacie, nieprzeskalowane, pomimo PB w powietrzu, bazyliki, 9 kościołów mniej lub bardziej czynnych, bez zadęć i namaszczenia.

Zostaw Komentarz